Refleksje nie-codzienne i przemijające
Blog > Komentarze do wpisu
Newsweek

Dziś 300. wydanie "Newsweeka". Z tej okazji płyta dvd z całym archiwum sprawiająca, że świątecznego numeru nie sposób dostać w kioskach.

Newsweek nr 300Gdyby rok temu ktoś spytał o moje marzenie o zawodowym starcie odpowiedziałbym bez chwili wahania: etat w Newsweeku. Kolejne: bycie redaktorem, szefem działu, felietonistą, wicenaczelnym i - czemu nie - głównodowodzącym pisma. Od tego czasu wiele się zmieniło. Z redakcji odeszły dwie gwiazdy wyważonego dziennikarstwa politycznego: Piotr Zaremba i jego niezwykle sumienny uczeń Michał Karnowski. Swoje stanowisko opuścił też nieugięty liberał i bojownik o niezależność pisma: Tomasz Wróblewski, którego "Ostatnie słowo" dawało efekt w postaci myśli idących najczęściej pod prąd wszelkim intelektualnym modom. Nowe kierownictwo na czele z Michałem Kobosko na razie próbuje zasłużyć na moje zaufanie i częściowo mu się to udaje. Szczególnie pochawalam transfer Szymona Hołowni, który o sprawach ostatecznych pisze jak nikt w Polsce. Pozytywnie oceniam wchłonięcie Elżbiety Isakiewicz, której "Moje awantury" pamiętam jeszcze z redagowanej przez Piotra Wierzbickiego "Gazety Polskiej". To sprawia, że może mniej, ale jednak ciągle marzę o etacie w tym piśmie.

Nie czytałem Newsweeka od pierwszego numeru. Pamiętam przynoszone do liceum przez Adipa egzemplarze - miałem wrażenie, że pisane są jak dla idiotów. Już na studiach wyczytałem, że był to efekt skopiowanej z zachodu metody redagowania informacji: ściągające uwagę wprowadzenie, teza, tzw. billboard i zasada "ostatnie słowo należy do Newsweeka" przywędrowały do nas zza oceanu w wyjątkowo drastycznej formie. W "Pressie" znalazłem informację, że jako jedyny tygodnik w Polsce Wróblewski wprowadził instytucję redaktora piszącego. Dziennikarze byli tylko "murzynami" przynoszącymi newsy, on je zbierał i edytował według ściśle ustalonych zasad. Z tego powodu redakcję już na początku opuściło kilka znanych twarzy. W efekcie rygory rozluźniono, z korzyścią dla pisma.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy hasło: "Tydzień zaczyna się od Newsweeka" zaczęło wyznaczać kolejne etapy mojej bieżącej egzystencji. Prawdopodobnie było to w okresie afery Rywina, która zrewidowała moje poglądy na świat polityki i mediów. Tygodnik był odtrutką na nudną i światopoglądowo usztywnioną "Politykę" i zmierzającego w stronę bulwarówki "Wprosta". Okrętem flagowym były artykuły wspomnianego już duetu Zaremba-Karnowski. To była absolutna nowość w politycznej publicystyce. Po raz pierwszy czytając teksty dziennikarzy tygodnika można było poczuć, że oni tam są. Tam znaczy wszędzie, gdzie działo się coś ważnego: w parlamencie, u prezydenta, w sztabach wyborczych, na niezliczonych konferencjach, zebraniach rządowych doradców, w hotelu sejmowym, podróżach zagranicznych. To sprawiało, że autorzy pisma odkrywali nieznane dotąd szczegóły politycznej kuchni, o których dziennikarze tworzący swe teksty zza redakcyjnych biurek (a takich jest bardzo wielu) nie mieli pojęcia.

Lubiłem i lubię Newsweeka także z innego powodu. "Zarembizm" - to termin kultowy już wśród dziennikarzy. Wziął się - jak łatwo się domyślić - od redaktora Piotra Zaremby, który większości spraw przyglądał się bardzo dokładnie z każdej strony. I uczył tego swoich współpracowników. Gdzieniegdzie wyśmiewany jako autor dziennikarstwa niezdecydowanego, dla mnie był wyznacznią tego, w jaki sposób powinno się rzetelnie serwować informacje. Jego teksty miały swoje tezy, ale by je postawić, autor zawsze zebrał dziesiątki wypowiedzi różnych stron sporu. Na tle kazuistyki intelektualnej jaką uprawia "Polityka" i prostych recept bez żadnych wątpliwości tygodnika "Wprost" dawało to nową jakość, co chyba zauważyli nawet politycy, przyznając wielokrotnie temu właśnie publicyście nagrodę dla najlepszego dziennikarza sejmowego. Mógł pisać przeciw prawicy lub lewicy, lecz robił to uczciwie. To budziło, nie tylko mój, szacunek.

Last but not least, wspomnę o oprawie graficznej pisma. Moim zdaniem aboslutny numer jeden wśród tygodników opinii. Błyskotliwe połączenie elegancji i nowoczesności. Czytelna, sprawna, pełna świetnych zdjęć, bystrych podpisów i perfekcyjnie skomponowanych wybić makieta zachęca do czytania. A różnego rodzaju materiały specjalne są czasem perełkami funkcjonalnej estetyki. Szata graficzna jest jedną z tych rzeczy, które przywiązują mnie do tytułu. Newsweeka przywiązała.

Życzenia? Skoro mamy okrągłą rocznicę... Życzę Newsweekowi, aby nadal szedł wbrew dwóm głównym nurtom ideowym obecnym dziś w polskich mediach. Nie wierzcie nikomu, dajcie wyraz wątpliwościom, przyjmujcie postawę dyletanta, który na sprawy polskie patrzy świeżym okiem, bez niepotrzebnego publicystycznego balastu. Stawiajcie się władzy i opozycji, nie popadajcie w histerię, nie kłamcie, przynajmniej zbyt często. Nie bawcie się w ideologów. Nie bójcie się weryfikować własnych poglądów. Zapraszajcie na własne łamy każdego, kto mówi ciekawie i zajmująco. Piszcie sprawnie, obrazowo, nowocześnie. I dbajcie o czytelników. Sto lat!

poniedziałek, 28 maja 2007, naczteryrece

Polecane wpisy

  • Dorosłość

    Pewnie dorośli mają tak często, ale to mój pierwszy raz. Muszę wrócić z PRACY do DOMU i spróbować NAS pogodzić. I do diabła nie mam pomysłu, jak to zrobić.

  • Następny

    Weekend w Suwałkach. Życiowa decyzja przyjaciela, rola w drugim planie, symboliczne rozpogodzenia, radość spotkań po czasie i wspomnienia na całe życie. Oby się

  • Słoneczny czas studiów

    Powiew przeszłości. Pierwszy od tygodnia wolny dzień spędziłem jak za dawnych lat - spacerując po parku, czytając na kilku różnych ławkach weekendową edycję dzi

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: